Biskupia Kopa - grudzień 2008
|
Statystyki
Relacja
W niedzielę 14 grudnia wybraliśmy się z żoną w Góry Opawskie. Padło na Biskupią Kopę, ponieważ szczyt ten należy do Korony Gór Polski, a my jesteśmy w trakcie jej zdobywania. Kolejny plus był taki, że w ten masyw Sudetów mieliśmy dosyć blisko — około dwóch godzin drogi. Dzięki temu, mimo krótkiego dnia, mogliśmy spokojnie zejść ze szlaku przed zmierzchem.
Około godziny 10:00 dotarliśmy na parking obok kąpieliska w Pokrzywnej. Stamtąd wyruszyliśmy żółtym szlakiem, którym — jak później wyczytałem — zazwyczaj wchodzi się po raz pierwszy. A więc tradycji stało się zadość. Suma podejść tą trasą do schroniska wynosi 485 metrów. Szlak biegnie łagodnym stokiem Szyndzielowej Kopy (533 m n.p.m.), Saperską Drogą przez Przełęcz pod Zamkową Górą (508 m n.p.m.) do Przełęczy pod Kopą (711 m n.p.m.), a dalej do Schroniska pod Kopą Biskupią. Droga od parkingu aż po Mokrą przebiegła nam bardzo przyjemnie. Delikatne podejścia, brak ludzi na szlaku, cudowne zapachy i klimat bukowo‑świerkowego lasu wprawiły nas w błogi nastrój. Pogoda sprzyjała nam cały dzień. Co prawda niebo przez dłuższy czas było zachmurzone, ale obłoki wędrowały na tyle wysoko, że wierzchołki Gór Opawskich były cały czas widoczne. Podczas marszu zrobiliśmy sobie jedną przerwę na drugie śniadanie przy jednym z dwóch szałasów, które napotkaliśmy po drodze. Posileni i napojeni ruszyliśmy dalej, by po chwili osiągnąć Przełęcz pod Kopą. Tam zmieniliśmy barwy z żółtych na czerwone i rozpoczęliśmy ostatni etap, czyli wejście na szczyt. Zrobiło się ciut bardziej stromo, ale po chwili byliśmy na górze. Jako pierwsze ukazały się nam wieża — chyba radiowa — krzyż pojednania oraz okazały słup graniczny. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i osiągnęliśmy nasz cel. Nadszedł czas na dłuższą przerwę. Poczekaliśmy, aż grupka młodzieży nacieszy się widokami z wieży, po czym kupiliśmy bilety i weszliśmy na punkt obserwacyjny. A było czym oko nacieszyć. Wokół można było podziwiać miasto Zlate Hory, Jesioniki, Góry Sowie, Góry Złote i w oddali inne pasma Sudetów. Niestety przez zachmurzone niebo nie dało się dostrzec Karkonoszy ani Ślęży. Mimo tego nasze spragnione serca zostały tymi widokami nasycone. Po kilkunastu minutach operowania lornetką i aparatem zeszliśmy na dół. Skierowaliśmy kroki do schroniska, gdzie uraczyliśmy się kawą i zapiekanką. Bardzo miło się tam siedziało, ale czas naglił, więc ruszyliśmy żółtym szlakiem prowadzącym do Jarnotłówka. Na rozdrożu pod Piekiełkiem skręciliśmy na niebieski szlak. Zaciekawił mnie opis tej ścieżki dydaktycznej, który kilka dni wcześniej znalazłem w internecie. Nie żałowaliśmy tej decyzji. Po chwili zrobiło się skaliście i przepaściście. Najpierw trzeba było zejść kilkunastometrową drabinką do ciemnego wąwozu, a dalej — przy pomocy rąk — zgramolić się po dwumetrowej skale. Szkoda, że atrakcji tego typu było tak mało. Po chwili bowiem znaleźliśmy się na leśnej drodze, która wiodła aż do samego miasteczka. My jednak wykonaliśmy ostatni manewr i odbiliśmy w prawo, gdzie weszliśmy do lasu i pośród buków oraz świerków skąpanych w świetle zachodzącego słońca dotarliśmy na parking. |
| ||||||||













