Na wypasie czyli: BYK W GALOPIE
  • indeks
  • Strona Główna
  • Menu
  • NEWS
  • Kontakt
  • WYPASY
  • Statystyki
  • Byczy Ekwipunek
  • O BYKU
  • BYCZE ZDOBYCZE
  • BLOG

Wielki Chocz - listopad 2009

Statystyki
Max wyskość
Prewyższenia
Ilość km
Wielki Chocz
​1611m
b.d.
b.d.
Relacja
Jako że niedziela była luźna, wybrałem się z kumplem w teren. Jak zwykle wczesna pobudka i kierunek południe. Po przekroczeniu granicy, w miejscowości Oravská Polhora, ukazały nam się Tatry w pięknym, klimatycznym półmroku. Od razu poprawił nam się humor. Nie wiedzieliśmy jednak, że to ostatnia panorama, jaką tego dnia zobaczymy.
O ósmej rano byliśmy już w Vyšnim Kubinie. Samochód zostawiliśmy pod blokiem mieszkalnym, ubraliśmy się na lekki mrozik i ruszyliśmy zielonym szlakiem. Przed nami, z głową w chmurach, prężył się dumnie dzisiejszy cel – Wielki Chocz. Po prawej stronie zza chmur co chwilę wyłaniały się Stoh i Rozsutec.
Jakoś tak jest, że kiedy idę z kimś, z kim jest dobry gadulec, to po pewnym czasie kończą się oznakowania na drzewach. Nie inaczej było tym razem. Po niecałej godzinie, nie chcąc tracić zdobytej wysokości, zdecydowaliśmy się iść dalej ścieżką. Ścieżka jednak też się skończyła i został nam tylko żleb. „Trza być twardziochem, a nie mięciochem” – rzuciłem i ruszyliśmy dalej.
Z poziomicy na poziomicę robiło się coraz stromiej i gęściej. Do dziś zastanawiam się, ile zwalonych drzew musiałem przekroczyć – chyba z kilkanaście. W pewnym momencie, kiedy musieliśmy ominąć żleb (sprzętu do wspinaczki nie mieliśmy), znalazłem piękne poroże jelenia. Pomyślałem, że to nagroda za trud, i przytroczyłem trofeum do plecaka. Morale podskoczyło mi do 100%. Koledze chyba spadło, bo drugiego nie znalazł.
Kiedy wydawało się, że za chwilę dojdziemy do czerwonego szlaku, wylądowaliśmy w totalnej gęstwinie świerków i kosodrzewiny. Zerknęliśmy na GPS (samochodowy), określiliśmy współrzędne, porównaliśmy z mapą i obraliśmy kierunek. Po pół godzinie przedzierania się byliśmy z powrotem na właściwej trasie.
Zostało nam kilkaset metrów na szczyt. Niestety od dłuższego czasu byliśmy w totalnym mleku, więc o widokach można było zapomnieć. Po kilkunastu minutach zdobyliśmy Wielki Chocz. Na wierzchołku spotkaliśmy kilku Polaków i Słowaków. Jeden z nich wszedł na Wielki Chocz tego dnia siedemdziesiąty dziewiąty raz.
Na szczycie nie zabawiliśmy długo, bo było zimno. Zeszliśmy czerwonym, a później zielonym szlakiem na dół. Po drodze, według mapy, miała być jakaś jaskinia, ale jej nie znaleźliśmy. Podsumowując – super wypad.
Wspierane przez Stwórz własną unikalną stronę internetową przy użyciu konfigurowalnych szablonów.
  • indeks
  • Strona Główna
  • Menu
  • NEWS
  • Kontakt
  • WYPASY
  • Statystyki
  • Byczy Ekwipunek
  • O BYKU
  • BYCZE ZDOBYCZE
  • BLOG