Beskid Śląski - styczeń 2009
Statystyki
Max wyskość |
Przewyższenia |
Ilość km |
Wielka Czantoria 995m |
+1174m -981m |
19,8km |
|
Relacja
Wczesnym rankiem przebudziłem się i ze strachem podbiegłem do domowej apteczki… Na szczęście znalazłem pozostałości leków na dolegliwości żołądkowe i poranna rewolucja została stłumiona.
Ubrałem się, dopakowałem i ruszyłem w drogę. Na dworcu PKP byłem jak zwykle przed czasem (u mnie to norma). Po wymianie SMS‑ów czekałem na jegomościa z plecakiem. Mijało mnie takich kilku, ale kiedy pojawił się Dc, od razu wiedziałem, że to on. Wyciągnął komórkę, a ja czekałem na sygnał. Dryń dryń — i wszystko jasne. Uścisk dłoni, standardowa wymiana imion i huzia w Beskidy. W rytm ciężkich gitar i przeróżnych dyskusji droga zleciała bardzo szybko. Przed dworcem Ustroń Zdrój byliśmy ponad godzinę przed czasem. Podjechaliśmy pod parking przy wyciągu na Czantorię. Tam, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, okazało się, że auto można zostawić do 19:00. Nie zastanawiając się ani chwili, zakotwiczyliśmy pojazd i wygramoliliśmy się na mróz. Po kilkuset krokach byliśmy już jednak porządnie rozgrzani, bo czerwony szlak na Czantorię pnie się dość stromo. Wśród zjeżdżających narciarzy i snowboardzistów pokonywaliśmy kolejne metry tej mozolnej trasy. Minęliśmy górną stację kolejki i zostało nam delikatne podejście na szczyt (995 m n.p.m.). Tam niestety widoczność była mizerna. Zatrzymaliśmy się na jakieś pół godziny, konsumując śniadanie i pierwszą dawkę słodyczy. Na wieżę — mimo zachmurzenia — weszliśmy, bo mam tak, że jak gdzieś jestem, to chcę jak najwyżej. Popstrykaliśmy kilka fotek i ruszyliśmy dalej. Ku naszemu zaskoczeniu szlak w kierunku Soszowa, a dalej Stożka i Kiczor, okazał się pasmem ciągłych zejść i wejść. Tak to jest, jak się dokładnie na mapę nie spojrzy. My byliśmy jednak rozgrzani wejściem na Czantorię i reszta drogi minęła sprawnie, wśród ciekawych rozmów — od muzyki, przez fotografię, aż po metody parzenia herbaty. Ostre zejścia pokonywaliśmy głównie zjazdami na butach. Na Wielkim Soszowie (886 m n.p.m.) zrobiliśmy drugi postój. Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie skroić dzieciakom bawiącym się obok dwóch dupolotów, żeby uskutecznić nasze zjazdy, ale rozmyśliliśmy się, śmiejąc się, że z głupiego żartu mogłyby powstać ciekawe nagłówki w codziennych gazetach. Minęliśmy Cieślar (918 m n.p.m.) i ukazała nam się bardzo ładna panorama Beskidu Śląskiego. Niestety wszystko powyżej 1200 m zasłonięte było chmurami zawieszającymi się na wyższych wierzchołkach. Zeszliśmy mocno w dół i okazało się, że tak samo mocno — tylko bardziej stromo — musimy wleźć na Stożki: Mały (843 m n.p.m.) i Wielki (978 m n.p.m.). Wygrywając ten etap z kilkoma turystami, osiągnęliśmy wierzchołek Wielkiego Stożka, gdzie od razu skorzystaliśmy z dobrodziejstw schroniska. Nie zabawiliśmy jednak długo i ruszyliśmy na ostatnią część naszej podróży, czyli wejście na Kiczory i zejście do Wisły Głębce. Okazało się, że ten ostatni odcinek był najprzyjemniejszy ze wszystkich. Delikatne podejścia i zejścia pośród zasp i bielutkich świerków nadawały temu miejscu niepowtarzalny, melancholijny klimat. Kiedy dotarliśmy na szczyt Kiczor (990 m n.p.m.), między drzewami ukazały nam się Tatry i Fatra. Zawsze coś, ale niedosyt pozostaje. Z Przełęczy Łączecko zeszliśmy częściowo znakowanym szlakiem, a częściowo spontanicznie. Przez roztargnienie i zagadanie umknęły nam niebieskie znaki i zeszliśmy trochę w innym niż zamierzaliśmy miejscu. Mimo wszystko zdążyliśmy na czas i lekko zmęczeni znaleźliśmy się na dworcu PKP w Głębcach. Tam istny kabaret. Jakaś wesoła (na moje oko podchmielona) młodzież zamawiała u kasjerki kawę i herbatę. Myślę sobie: „jaja sobie robią smarkacze”, a tu okazuje się, że pani oprócz działalności państwowej prowadzi sobie bufet. Stałem tak jakieś 10 minut pod kasą, aż kasjerka przyrządzi trzy kawusie i dwie herbatki. Mało brakowało, a bym się odezwał, ale atmosferę oczekiwań załagodził żartem pewien starszy jegomość. W końcu weszliśmy do pociągu i zajęliśmy miejsce. Ukończywszy to, co zostało do zjedzenia, przyszła kolej na wspólną fotkę i kontemplowanie tego, co dzisiaj zwiedziliśmy.
|
| ||












