Na wypasie czyli: BYK W GALOPIE
  • indeks
  • Strona Główna
  • Menu
  • NEWS
  • Kontakt
  • WYPASY
  • Statystyki
  • Byczy Ekwipunek
  • O BYKU
  • BYCZE ZDOBYCZE
  • BLOG
  • Choczwgory

Dolomity -  rodzinnie - lipiec 2026

Statystyki
Max wysokość
Przewyższenia
Ilość km
Dzień
Monte Serva
​2133m
+/- 1284m
ok 11km
4 dzień
Relacja
Grafik na wakacje we Włoszech był mocno napięty. Teraz myślę, że chyba za bardzo, bo na samym starcie (abstrahując od falstartów) plany się posypały.
Zaklepałem sześć noclegów nieopodal Belluno — malowniczo położonej miejscowości na granicy Prealp Weneckich i Dolomitów.

Dojazd na miejsce trwał lekko ponad 10 godzin. Ostatnie ponad 100 kilometrów cieszyliśmy oczy coraz wyższymi szczytami Alp: począwszy od wschodnich austriackich, poprzez Julijskie, Karnickie, aż po strzeliste „wieże” Dolomitów.
Dnia pierwszego podjechaliśmy jeszcze zwiedzić pobliskie — wcześniej wspomniane — miasteczko. Tam plac zabaw dla Hani, spacer i coś na ząb. Po rekonesansie, podczas ruszania samochodem spod ichniejszego McDonalda, przy włączeniu dwójki — cytując klasyka — „usłyszałem trzask”.
Wajcha skrzyni biegów zrobiła się luźna jak szmata. Samochód został permanentnie na drugim biegu.

Co pomyślałem? „Chu… bombki strzelił”.
Kilka kilometrów jazdy na dwójce do kwatery trwało wieczność. Włosi jadący za mną rzecz jasna w widoczny i słyszalny sposób dawali znać o swoim niezadowoleniu. My, w rozpaczliwy sposób, dokulaliśmy się do kwatery. W głowie chaos, burza potencjalnych scenariuszy, złość i rezygnacja.
Reszta dnia? Telefony związane z polisą ubezpieczeniową i opcjami, jakie nam w związku z nią przysługiwały. Na szczęście wykupiłem pełny pakiet z maksymalnym Assistance. Bez tego — totalna klęska. A tak — udało się „uratować” wyjazd. Co prawda trzeba było zrezygnować z kilku ważnych punktów harmonogramu, ale i tak nie wyszło najgorzej.
Samochód zastępczy dostaliśmy w czwartek około południa — czyli w trzeci dzień pobytu. Dnia drugiego, zdani na własne nogi i regionalną komunikację, uderzyliśmy najpierw pieszo (kilka kilometrów) na dworzec kolejowy w Belluno, a następnie pociągiem do średniowiecznego miasteczka Feltre. Tam spędziliśmy kilka godzin. Ładnie tam, klimatycznie i — o dziwo — pusto. Powrót pociągiem, a potem częściowo pieszo i autobusem na kwaterę.
Czwartek — dzień zamiany samochodów. Przed godziną dwunastą przyjechał z Polski Witalij. Na lawecie miał Toyotę. Naszą „Kiankę” zabrał w pizdu. Teraz już wiem — pisząc relację — że na szczęście nie wysypała się cała skrzynia, tylko strzeliła jedna z dwóch linek zmiany biegów.
A ja? Musiałem się ekspresowo nauczyć, jak się jeździ automatem. Pomogły mi w tym bez wątpienia górskie, wąskie, alpejskie drogi. Gdy dojechaliśmy do San Martino di Castrozza — byłem po solidnym tutorialu. Hania za to musiała na sam koniec ratować się workiem <sic!>.
W kurorcie — dwa wyciągi gondolowe. Ten drugi, po przesiadce, wywiózł nas na płaskowyż Altopiano delle Pale na wysokość około 2600 m. Z górnej stacji uskuteczniliśmy krótki hiking na Cima Rosetta — 2743 m. Wejście łatwe, a widoki kosmiczne. Samo plateau to krajobraz jak na księżycu. Widoki z Rosetty także obłędne. Wokół giganty powyżej 3 tys. metrów. Nieco dalej Civetta oraz Marmolada. Na granicy horyzontu inne masywy, włącznie z tymi pokrytymi lodowcem (najprawdopodobniej na ostatnim planie, patrząc na północny zachód, zaprezentowały się Alpy Sztubajskie). Bajka.
Przed wieczorem, zmęczeni i nacieszeni widokami, wróciliśmy na bazę.
Piątek — moje pół dnia. Głównym górskim celem tego wyjazdu miała być dla mnie Ferrata Degli Alleghesi na Monte Civettę. Odpuściłem. Awaria auta i związane z tym „uszczuplenie” planowanych aktywnie 6 dni do 4 skłoniły mnie do zrobienia czegoś na szybko, „bezpiecznie” i w pobliżu.
O godzinie czwartej — pobudka. Po piątej byłem już na szlaku. Auto zostawiłem powyżej Rifugio Zio Stefano. Kawałek asfaltu i wszedłem na właściwy szlak. Temperatura około 20 stopni — za ciepło jak na tę porę dnia. Docelowy szczyt — Monte Serva — w chmurze. No cóż, z nadzieją na to, że pułap chmur się podniesie lub obniży, ruszyłem z kopyta do góry.
Na dzień dobry — przed wejściem na szlak — ostrzeżenie przed psami pasterskimi. „Serio — kur…?” — pomyślałem. Nie mogło być normalnie? Bez kolejnego zastrzyku adrenaliny? Jak widać — nie. Liczyłem na to, że może tak wcześnie jeszcze ta wątpliwa atrakcja mnie ominie. Niestety to ja musiałem ją później omijać.
A trasa? Najpierw las. Potem usiane kwiatami łąki. Mega pachniało — miodowo, słodko. Szczyt cały czas od połowy w chmurze. Nieco wyżej — z oddali — szczekanie psa. Ech…
Potem zza winkla pojawił się i pies. Usiadł i szczekał. Na mnie. Jakieś 200 m. Przy szlaku. Ja — szybkie rozeznanie terenu i decyzja. Odbiłem na dzidę w lewo. Jak zauważyłem nieco wyżej — nie tylko ja tak uczyniłem, bo wszedłem na wydeptaną ścieżkę. Nie tylko ja nie chciałem się użerać z „pasterzami”. A było ich więcej — rozszczekały się na dobre, kiedy wszedłem nieco wyżej.
Kawałek dalej zagroda — pusta. No, prawie — pasły się tam jakieś konio‑osły. Pies był chyba zamknięty. Słychać było tylko szczekanie. Zero ludzi.
Ostatni odcinek to podejście przez „zakosy”, otoczone obficie pokrytą rosą wysoką trawą. Od stóp do ud — przemokłem.
Na szczycie — krzyż. I mleko. Usiadłem i stwierdziłem, że poczekam. Opłacało się. Wiatr zaczął rozwiewać chmury. Pułap się obniżył na tyle, że pokazały się — niczym wyspy — wierzchołki okolicznych szczytów. Na pierwszym planie — Masyw Schiarry z Monte Schiarrą na czele. Dalej — nie wiem, nie identyfikowałem. Cieszyłem oczy na ile mogłem. Chwilami było pięknie. Nerwy mi trochę puściły i musiałem wyregulować roztrzepane emocje.
Na szczycie spędziłem coś około półtorej godziny. Zszedłem inaczej niż wszedłem. Na mapie znalazłem dzikie ścieżki, którymi mogłem ominąć ujadające psy. Psy ominąłem. Ścieżki były trudne, mozolne i bardzo niewygodne. Za to było bardzo ładnie.
Na pamiątkę z zejścia przywlokłem dwa wbite kleszcze. Wyrywałem je pazurami nazajutrz w pociągu do Wenecji.
Druga część piątku przeznaczyliśmy na wyjazd nad jezioro Lago di Santa Croce. Bardzo ładny zbiornik. Woda czysta, chłodna (około 24 stopnie). Pomoczyliśmy się trochę i poleżeliśmy. Fajnie tam.
Sobota — start rano samochodem do Belluno — dworzec kolejowy. Dalej — pociągiem do Wenecji. To nasz pierwszy raz w stolicy dawnej Republiki Weneckiej. Spędziliśmy tam cały dzień. Na miejscu — kilkudziesięciominutowy przejazd vaporetto i dalej szlajanie się po wąskich uliczkach oraz mniejszych i większych placach. Pięknie. Opisywać nie ma sensu — trzeba zobaczyć/poczuć.
Niedziela — ostatni dzień — to poranny wypad nad jezioro Lago del Mis i krótki spacer nad okoliczne kaskady oraz ponowne plażowanie nad Lago di Santa Croce. Tym razem ludzi tłum — wiadomo, niedziela. Bardzo trudno było znaleźć miejsce, żeby zostawić samochód.
Poniedziałek to już tylko powrót do domu. I serio — wróciłem do domu z radością. Mimo wielu atrakcji oraz naprawdę przepięknych gór (ładniejszych jak dotąd nie widziałem) — miałem dość. Zapowiedziałem oficjalnie, że resztę urlopu spędzę w bujanym fotelu.
PS. A Włochy? Dla introwertyka nielubiącego wysokich temperatur — niełatwe. „Nachalne, gęste, głośne”.
​Trza tam kiedyś wrócić — na ferraty ;-)

Obraz

Kilka innych obrazków


Ekwipunek dzień 4

Obraz

monteserva.gpx
File Size: 242 kb
File Type: gpx
Pobierz plik

Wspierane przez Stwórz własną unikalną stronę internetową przy użyciu konfigurowalnych szablonów.
  • indeks
  • Strona Główna
  • Menu
  • NEWS
  • Kontakt
  • WYPASY
  • Statystyki
  • Byczy Ekwipunek
  • O BYKU
  • BYCZE ZDOBYCZE
  • BLOG
  • Choczwgory