Słowackie Tatry - sierpień 2020
Statystyki
Max wyskość |
Przewyższenia |
Ilość km |
Dzień |
Furkot 2403m |
+/- 1040m |
15km |
1 dzień |
Baraniec 2184m |
+ 1430m -1037m pozostałe niecałe 400m hulajnogą |
11,9km |
2 dzień |
|
Relacja
Uparłem się, że zrealizuję w końcu jakieś Tatry z jednym noclegiem i mój upór zrodził efekt.
Nie udało się zgrać z nikim terminu, więc uderzyłem na szlak samemu. Spanie zabookowałem spontanicznie w miejscowości Jakubovany, ale o tym zaraz. Zacznijmy od początku. Dzień pierwszy. Sobota około godziny piątej start do Strbskiego Plesa. Na miejscu zameldowałem się około 8:30. Parking 5,50 Euro nieopodal wyciągu na Solisko i nowo budowanej drewnianej wieży widokowej. Tegoż dnia zaplanowałem żółto-znakowaną pętlę biegnącą przez Bystrą Ławkę i doliny - Furkotną i Młynicką. Długo już mi po głowie chodziła ta trasa. Teraz nie żałuję wyboru. Z początku musiałem obejść malownicze Szczyrbskie Jezioro. Woda czysta, ryby przy brzegu na wyciągnięcie ręki. Następnie przebiłem się na czerwono-znakowaną Tatrzańską Magistralę. Około 2 km na zachód z magistrali odbiłem na żółty szlak, którym szedłem tego dnia już do samego końca. A co na nim najpierw? Ano dolina Furkotna. Bardzo ładna, malownicza a wokół może nie najwyższe tatrzańskie giganty, ale i tak robiły z mojej perspektywy spore wrażenie. Ech dawno nie byłem w Tatrach. Po drodze minąłem kilka jezior/jeziorek. Pogoda uciążliwa. Ciepło jak diabli. Na szczęście tu i ówdzie pojawiły się małe obłoki, które co jakiś czas przysłaniały prażące słońce. Przed samą i za Bystrą Ławką pojawiły się na chwilę łańcuchy. Sama przełęcz ciekawa, widokowa, choć dosyć ciasna. Kilkanaście metrów poniżej, po drugiej już stronie skorzystałem (jak wielu) ze ścieżki poza szlakiem, prowadzącej na szczyt Furkota. Powiem tak. To było mądry ruch. Panorama dużo lepsza niż z przełęczy. No i szczyt nie byle jaki, bo mający ponad 2400m. Dalej już w dół Doliną Młynicką. Nie wiem, czy nawet nie ładniejszą od Furkotnej. Znów kilka jezior, jeszcze wyższe okalające szyty i całkiem spory wodospad Skok. Naprawdę warto zobaczyć. Ludzi niemało. Korków jednak nie było :-). Do samochodu, a w zasadzie do bufetu obok z laną kofolą wróciłem po sześciu godzinach. Super trasa. Po drodze samochodem, do mojej kwatery wstąpiłem jeszcze do marketu w Liptovskim Hradoku. Pod podany adres zajechałem coś po godzinie czwartej. Przyznam szczerze, że jak zobaczyłem ów budynek i jego otoczenie, to myśli miałem takie, czy aby nie uciekać w siną dal. Teren centralnie jak w jakimś starym, aczkolwiek prosperującym PG-erze. Tu i ówdzie jakieś kupy nieszczególnie pachnącego gnijącego siana. Worki plastykowe po chyba paszach. Obskurne budynki wokół. Sam budynek w którym miałem przenocować też Gołębiewskim nie jest. Chyba jakiś przerobiony stary biurowiec. No nic. Pukam, dzwonię. Zamknięte. Cisza. Dzwonię telefonem. Okazuje się, że kolega pana, z którym rozmawiałem przyjedzie za 10 minut i mi otworzy. No nic - myślę - Okej. Nie dałem znać im wcześniej, że się zbliżam, to cierpliwie zaczekam. Po 30 minutach przyjechał Iwan. Tenże przeprosił mnie za opóźnienie i zaprosił do środka. Wewnątrz pierwsze na co zwróciłem uwagę, to wystój w stylu buddyjskim, oraz (mimo artystycznego chaosu) czystość i porządek. Okazało się, że ów budynek jest miejscem Słowacko-Indyjskiej przyjaźni, a sami prowadzący, to jogini/buddyści. O rzesz, ale fajnie! Pogawędziłem chwilę z gospodarzem, po czym wprowadziłem się do mojej komnaty. Odpocząłem chwilę, wziąłem prysznic i przed wieczorem wybrałem się jeszcze na spacer. W kierunku północnym nie było nic ciekawego poza wyzierającym się z nad PGR-u Barańcem, czyli moim jutrzejszym celem. No i byczki z obory przyszły się pod płot przywitać :-) Po drugiej stronie mojej kwatery, w zasadzie w już w centrum miejscowości natrafiłem na bar. Na zewnątrz ławki, ale wszystkie zajęte. Wewnątrz taka trochę mordownia i kilku podchmielonych bywalców. Zamówiłem piwo i jednego szota tatrzańskiego czaju i usiadłem nieopodal dwóch z nich. Przywitałem się grzecznie. Wyczaili że Polak i odrobinę się mną zainteresowali. Zagaiłem, no i wkrótce się dosiadłem, bo rozmowa zaczęła się kleić :-). Tak więc spędziłem około godzinki z Duszanem i Piterem na dialogu o górach, Słowacji, ludziach. Ponadto o wszystkim i o niczym. Podszlifowałem trochę Słowacki. Dopijając swoje, wzniosłem toast, podziękowałem i ruszyłem z powrotem do kwatery. Tam przed budynkiem Iwan nabierał na mostku wodę z rzeki (wiadrem na sznurku), do podlania kwiatów okalających kwaterę. Zapytałem czy pomóc i tak poznałem nową umiejętność ;-) przy ciekawej rozmowie o buddyzmie, medytacji, religiach, światopoglądach i znów o wszystkim i o niczym :-). Bardzo pozytywny człowiek. Obiecał mi, że wstanie równie wcześnie rano co ja i pokaże mi podstawy medytacji. Ha. Ciekawe :-). Dzień drugi. Pobudka 4:40. Nie tylko ja wstałem. Patrzę, Iwan robi sobie śniadanie. Pakuję co trzeba i gotowy do drogi pytam z niedowierzaniem czy wczorajszy temat medytacji jest aktualny. Jak najbardziej. Co prawda nie było to nic czasochłonnego i spektakularnego, ale poprowadził mnie przez tzw. pierwszy krok i wytłumaczył to i owo. Kto by pomyślał... Nic, podziękowałem za wszystko i wyjechałem do wlotu Doliny Ziarskiej. Cel - Baraniec. Parking 3 Euro. Start godzina 6:00 Moja trasa początkowo biegła znów przez czerwoną Magistralę Tatrzańską. Po chwili kolor szlaku zmieniłem jak i wczoraj - na żółty. Szedłem najpierw przez wysokie, fioletowe morze kwiatów. Później las. Cały czas stromo w górę. "Wypłaszczyło" się lekko w piętrze kosodrzewiny. Od tego pułapu słońce zaczęło już lekko dokuczać. Niebawem ukazał się główny bohater w całej okazałości i w zasadzie niewiele ponadto, bo tenże wszystko zasłaniał :-). Za plecami za to, cały czas super widoki na Tatry Niżne, Liptovską Marę i Chocza. O 9:30 zameldowałem się na szczycie. Tam już widoki bajkowe. Pomiędzy Barańcem a Ziarską przełęczą do zrobienia był jeszcze jeden szczyt - Smrek. Musiałem znów sporo zejść, aby znów sporo wejść. Jak to w Zachodnich... Z przełęczy i z samego Smreka super widoki na słowacką Orlą Perć czyli Rohacze, Trzy Kopy i Banówkę. Baraniec od strony północnej też niczego sobie. Dalej zielonym i zielono niebieskim szlakiem zszedłem do Doliny Ziarskiej gdzie w Ziarskiej Chacie czekała na mnie zimna, ciapowana kofola. Pozostały odcinek od schroniska do wlotu doliny to około 5 km starego asfaltu. Ja wycwaniłem się i wypożyczyłem sobie hulajnogę, na której zjechałem do parkingu, prując momentami po wybojach prawie 30km/h. Sporo zaoszczędzone w nogach i prawie godzinę czasowo :-). W sumie to by było na tyle. Do domu wróciłem przed godziną 17. Podsumowując: Jeden z lepszych moich tatrzańskich wypadów. Powiedzenie, aby nie oceniać książki po okładce znalazło zastosowanie dla mojej kwatery w Jakubovanach. Szok za szokiem. Super wyprawa. Kolana przetrwały (tu się obawiałem bo ostatnio doskwierają). Czasowo wszystko z zapasem. Pogoda mimo wysokich temperatur znośna. Rewelacja. 1 dzień
Nie mogłem zaznaczyć na mapie szczytu poza szlakiem więc tu zamiast 2317m powinno być 2403m
2 dzień
|
Fotki z telefonu.Fotki z aparatu. | ||||

































































































