Na wypasie czyli: BYK W GALOPIE
  • indeks
  • Strona Główna
  • Menu
  • NEWS
  • Kontakt
  • WYPASY
  • Statystyki
  • Byczy Ekwipunek
  • O BYKU
  • BYCZE ZDOBYCZE
  • BLOG
  • Jastrzębie, Krucze, Stołowe

Jaworniki i Góry Wsetyńskie -  lipiec 2010

Max wyskość
Przewyższenia
Ilość km
Dzień
Wielki Jawornik
​1071m
+645m
-677m
18,2km
1 dzień
Wysoka
​1024m
+655m
-611m
18,6km
2 dzień
Gdyby mi ktoś powiedział, że jeszcze tego wieczoru będę grał na kontrabasie, to stuknąłbym się w czoło. Ale od początku. Plan był taki, że mieliśmy z Bacą poszwędać się po Jawornikach. Piotr niestety się pochorował, tak więc wyruszyłem w góry w pojedynkę. W ciągu około dwóch godzin dotarłem do zabawnie brzmiącego miejsca zwanego Bubmalka. Znajduje się tam duży parking, restauracja, wyciąg, kantor (bo to granica czesko‑słowacka) i czerwony szlak turystyczny, którym zaplanowałem moją trasę. Położenie jest również ciekawe, bowiem stykają się tam trzy pasma: Beskidy Morawsko‑Śląskie, Jaworniki i Góry Wsetyńskie.
Po zarzuceniu jak zwykle zbyt ciężkiego wora na plecy ruszyłem na południe. Początkowo szlak biegł wzdłuż drogi nr 18 i granicy. Gdy dotarłem na Valassky Senk, mogłem podziwiać zlot zabytkowych samochodów oraz pomnik postawiony na cześć partyzantów walczących w Słowackim Powstaniu Narodowym w 1944 roku. Trasa nie zmieniła kierunku, więc idąc wciąż wzdłuż granicy, po około godzinie dotarłem do kolejnej drogi przecinającej Lemesne Sedlo, na którym właśnie się znalazłem.
Od pewnego czasu zaczęło grzmieć, ale na szczęście dalekie pomruki po chwili całkiem ucichły. Na Lemesnej przełęczy szlakowskazy zmieniły się z określających długość w kilometrach na czas w minutach. Tym samym znalazłem się na Słowacji.
Kolejne cele to Cierna Voda i Bukowina. Trasa biegła niezmiennie lasem, od czasu do czasu przecinając drobne polanki, z których i tak ze względu na duże zachmurzenie niewiele było widać. Turystów jak na lekarstwo, co akurat było dużym plusem. Na Bukovinie można odbić zielonym szlakiem na Kasarne, czyli infrastrukturę turystyczną umiejscowioną pod Veľkim Javornikiem. Ja poczłapałem dalej, ponieważ słońce miało się powoli ku zachodowi, a ja chciałem znaleźć jakieś sensowne miejsce na nocleg.
Przed najwyższym szczytem tego pasma znajduje się leśny rezerwat Veľky Javornik z resztkami puszczowych jodłowo‑bukowych zarośli. W wieczornej scenerii wyglądało to naprawdę ciekawie. Niektóre drzewa przypominały entów. Na Veľkim Javorniku (1071 m n.p.m.) stanąłem po godzinie 20. Zaczęło się robić chłodno i mgliście, więc nici z jakichkolwiek widoków. Schodząc w kierunku Stracenca (1055 m n.p.m.), minąłem grupkę młodzieży z wiadrami pełnymi jagód. W ogóle moje tempo od pewnego czasu właśnie z powodu tych owoców bardzo zmalało.
Na Stracencu zrobiłem kolejną przerwę i zwiedziłem wieżę widokową, z której oczywiście nic nie było widać, oraz kolejny pomnik z grobem lub tablicą ku czci — i tu nie byłem pewien, kogo dokładnie i dlaczego, bo mój słowacki jest bardzo kulawy. Chyba kogoś straconego w obronie Wielkich Karlowic. Po chwili popędziłem dalej. Pomyślałem, że przekimam poniżej, na kolejnej już Bukovinie, ale jakoś ta miejscówka mi się nie spodobała.
Zdecydowałem, że zejdę trochę niżej i poszukam czegoś bardziej odpowiedniego na rozbicie namiotu. Odbiłem zielonym szlakiem w kierunku Velkich Karlovic. Zaciekawiła mnie zaznaczona na mapie chatka TJ Slusovice, ale kiedy do niej dotarłem, okazało się, że jest tam jakaś impreza: samochody, grill i tandetna muzyka. Długo nie myśląc, odpaliłem czołówkę i ruszyłem dalej.
Po około dwudziestu minutach dotarłem do kolejnych zabudowań. Pod jedną z dwóch chatek siedział jakiś jegomość. Przywitałem się i spytałem, czy mógłbym się tu gdzieś rozbić z namiotem. Pan się zgodził, a kiedy zacząłem wyciągać namiot z plecaka, zaproponował mi nocleg w drugiej chacie. Zgodziłem się od razu i poszedłem sprawdzić moje ubytovanie.
Tam szok. Najpierw na wejściu mały warsztat, a w nim cały zestaw „białej broni”: siekierki, topory, kosy i inne narzędzia, które dla człowieka z bujną wyobraźnią mogą kojarzyć się różnie. Za warsztatem pan zaprezentował mi pomieszczenie, w którym miałem przekimać. Normalnie bomba. Na środku izby stała ława, wokół której były mniejsze ławki przystosowane do spania dla kilku osób. Oprócz tego od razu rzucił mi się w oczy bar oraz stojący za nim kontrabas. Nacykałem trochę fotek, więc można zobaczyć samemu. Wszystko w środku urządzone było w stylu, gdzie każdy turysta poczuje się jak w domu.
Jeszcze przed pójściem spać pogadałem chwilę z gospodarzem, który nawet zaproponował piwo, i jak już napisałem na wstępie, pobrzdąkałem trochę na kontrabasie. Instrument był w świetnym stanie, trzeba go było tylko nastroić. Obchodząc po raz ostatni moje miejsce spoczynku, rzuciły mi się znów w oczy złowrogie toporki. Wyobraźnia nie dała mi spokoju, więc zachowawczo zabarykadowałem wejście do części sypialnej, po czym wpakowałem się do wora i usnąłem jak dziecko.
Nad ranem, około 6:30, oddałem panu klucze, podziękowałem (nie chciał żadnej zapłaty) i ruszyłem w dalszą drogę. Jaka była pogoda? Oczywiście mgła. Zostało mi około pięciu kilometrów do miasta, ale zleciało to bardzo szybko. W Karlovicach zaopatrzyłem się w pierwszym lepszym sklepie w śniadanie: parówki sztuk cztery, bułki sztuk trzy, kofola 0,5 l oraz w razie czego 1,5 l wody.
Z takim prowiantem poczłapałem asfaltem, który był jednocześnie niebieskim szlakiem do Milonova, skąd wiódł mój żółty prowadzący na grzbiet Gór Wsetyńskich. Tam znalazłem sobie miejscówkę na śniadanie. Parówki i kofola to na mój wygłodniały żołądek był iście królewski posiłek. Na dodatek wyszło słońce, więc morale z wysokich podskoczyło pod górny pułap.
W takim stanie ruszyłem dziarsko przed siebie. Podejście żółtym szlakiem doprowadziło mnie do szlaku czerwonego. Ten po chwili zaczął się piąć mocniej do góry. Na końcu podejścia znalazłem się na najwyższym szczycie tego pasma, czyli na Wysokiej (1024 m n.p.m.). Ze szczytu i w ogóle z całego przebytego grzbietu widoków nie miałem praktycznie wcale. Ciągle las i od czasu do czasu mała polanka z małym widokiem na małe górki.
Kolejny przystanek zrobiłem w Chacie Trestik. Wychyliłem kolejne pół litra kofoli i pognałem dalej na ostatni etap wycieczki. Ten odcinek, żółty szlak, prowadzi do Bombalki przez szczyt Čartak (952 m n.p.m.). Sam wierzchołek jest o tyle ciekawy, że stoi na nim prawie trzydziestometrowa wieża widokowa. Zapłaciłem za wstęp 20 koron i sprawdziłem, jakie widoki oferuje. Bez sensacji, ale z całego wypadu był to najlepszy punkt widokowy. Na szczycie wieży jest kilka okien, (do każdego musiałem stać w kolejce), z których można podziwiać okoliczne Beskidy. Najlepiej prezentował się Smrk (1276 m n.p.m.) w Beskidzie Morawsko‑Śląskim. Moje wczorajsze Javorniki wyglądały jak jeden grzbiet ciągnący się aż po horyzont.
Nie lubię tłoków, więc szybko zbiegłem na dół i po około trzydziestu minutach wylądowałem pod samochodem. Tam jeszcze raz szklanica kofoli i powrót do ojczyzny.
Podsumowując: pod względem widokowym moja trasa nie powalała (może ze Stracenca przy dobrej pogodzie byłoby lepiej), ale i tak jestem bardzo zadowolony. Dałem sobie niezły wycisk i konkretnie się odmóżdżyłem, a to było mi potrzebne. Na wielki plus wpisać trzeba nocleg w ciekawym miejscu. Ogólnie bardzo udany wypad.
Pokaz slajdów
Obraz

Cały przebieg trasy

1 dzień
Obraz

2 dzień
Obraz

jaworniki.gpx
File Size: 126 kb
File Type: gpx
Pobierz plik

Wspierane przez Stwórz własną unikalną stronę internetową przy użyciu konfigurowalnych szablonów.
  • indeks
  • Strona Główna
  • Menu
  • NEWS
  • Kontakt
  • WYPASY
  • Statystyki
  • Byczy Ekwipunek
  • O BYKU
  • BYCZE ZDOBYCZE
  • BLOG
  • Jastrzębie, Krucze, Stołowe