Beskid Sądecki - wrzesień 2025
Statystyki
Max wysokość |
Przewyższenia |
Ilość km |
Dzień |
Jaworzyna Krynicka 1114m |
+ 1263m - 1479m |
ok. 35km |
1 dzień |
Eliaszówka 1023m |
+/- 1246m |
ok. 24km |
2 dzień |
|
Relacja
Ostatni weekend lata przeznaczyłem na wędrówki we wschodnich partiach Beskidów Zachodnich.
Na pierwszy dzień zaplanowałem przejście GSB z Krynicy-Zdroju do Rytra. Za cel dnia drugiego ustanowiłem Eliaszówkę – najwyższą górę Pogórza Popradzkiego. Cała misja została zrealizowana. Plan drugiego dnia uległ lekkiej modyfikacji, bo to grzyby pokierowały moimi krokami podczas zejścia do Piwnicznej-Zdroju – ale o tym za chwilę. Dzień 1 Pobudka o 3:00 w nocy. Musiałem się wyrobić na pociąg z Rytra do Krynicy-Zdroju. Jak to ja – i tak byłem na miejscu prawie godzinę przed czasem. Od 7:35 do 8:45 przyjemny przejazd pociągiem. Poranek bezchmurny, chłodny i wietrzny. Start marszu około 9:00 spod dworca PKP. Ulicą Ebersa dotarłem na Kraszewskiego, którą prowadzi Główny Szlak Beskidzki. Tempo świetne, humor także. Pierwszą „rozgrzewkę” zrobiłem, pokonując wzniesienia oddzielające miasto od okolic hotelu Czarny Potok i dolnej stacji kolejki gondolowej na Jaworzynę Krynicką. Druga rozgrzewka? Wejście na Jaworzynę. Ekspresowo mi to zleciało. Na szczycie trochę ludu – wiadomo. Ja złapałem oddech i po pięciominutowej pauzie naparłem dalej. Dłuższy przystanek zrobiłem w schronisku na Hali Łabowskiej – żurek i kawa, jakieś pół godziny. Cały odcinek od Jaworzyny do Hali Łabowskiej mocno spacerowy. Długi – to prawda, ale bez większych przewyższeń. Dukt szeroki, wygodny, ale mało widokowy. Wisienką dnia pierwszego było dla mnie schronisko Cyrla – bardzo klimatyczne miejsce z pyszną kiełbasą po łabowsku. Ostatni odcinek to zejście do Rytra, gdzie przy samochodzie zameldowałem się około 17:00. Jeszcze szybka „biedra” i post-PRL-owski hotel Janina, gdzie zakotwiczyłem na noc. Dzień 2 Pobudka o 5:30. Szybkie śniadanie i wyjazd w kierunku Piwnicznej-Zdroju. Auto zostawione na rynku. Ja – w zasadzie bez zakwasów, początkowo z lekką zadyszką na pierwszych podejściach – uderzyłem zielonym szlakiem w kierunku Eliaszówki. Po drodze przy szlaku mnóstwo grzybów! W planie miałem zrobić pętlę, ale po dojściu do Chatki Magura wiedziałem, że będę wracał (przynajmniej częściowo) po własnych śladach i zbierał „dary jesieni”. A chata? Mega! Co za miejsce. Ukryte niczym wioska smerfów – malutkie, urokliwe, kolorowe, klimatyczne. Aż by się chciało tam zostać jakiś czas i zapomnieć o świecie. Wciągnąłem tam kawę z szarlotką, wydębiłem od chatara reklamówkę na grzyby i naparłem do góry – już zbierając to, co przy szlaku napotkałem. Na szczycie wieża. Widoki z niej takie sobie – brak ekspozycji południowo-zachodniej, czyli tej najważniejszej (Tatry). W drodze w dół zaczęło się grzybobranie. Większość nazbierana przy samym szlaku. Mimo obecności innych amatorów zbierania, i tak naciąłem towaru półtorej reklamówki. Ostatni odcinek zejściowy wydłużyłem, żeby jak najdłużej iść lasami, i wdrapałem się jeszcze pozaszlakowo na Krčmarską Horę. Stamtąd ostrym zejściem – dopakowując do siatki napotkane koźlarze – zszedłem na ulicę Węgierską, skąd już asfaltem wróciłem kilka kilometrów do samochodu. Podsumowując: Idealna pogoda na zakończenie lata. Drugiego dnia nawet trochę za ciepło. Forma świetna, grzyby się suszą. Mimo ciężkiego powrotu do domu – zwłaszcza na A4 w rejonie Krakowa – wróciłem mega pozytywnie naładowany i zachęcony, żeby w tamte rejony jeszcze wrócić. 1 dzień
|
2 dzień
| ||||

















































