Mała Fatra - kwiecień 2010
|
Statystyki
Relacja
Plany na ten weekend były inne, ale los zadecydował... Wolna została tylko niedziela, więc zgadałem się z kumplem Marcinem i uderzyliśmy na Fatrę. Miałem zrobić rekonesans na Wielkiej, a padło znów na Małą. Wystartowaliśmy w miejscowości Nezbudská Lúčka, skąd ruszyliśmy czerwonym szlakiem. Pogoda zapowiadała się znakomicie i taka była przez cały dzień. Po około 30 minutach dotarliśmy do ruin zamku Stary Hrad (polecam odwiedzić — świetna miejscówka na kimanie). Dalej, w towarzystwie kilku Słowaków i ich czworonożnych kompanów, przebiliśmy się przez Plesel (980 m n.p.m.) i dotarliśmy do Chaty pod Suchým. Do Sedla pod Suchým szło nam się bardzo komfortowo.
Powyżej około 1250 m pojawił się śnieg. Do samego powrotu towarzyszył nam w każdej możliwej postaci — od twardego, zmrożonego, miejscami nawet lodu, po błotnisty, zapadający się. Gdy weszliśmy na Suchý (1488 m n.p.m.), ukazała nam się całkiem przyjemna panorama. Nie była to może super widoczność, ale widać było Tatry Niżne, całą Wielką Fatrę, Małą Fatrę Luczańską oraz czeskie, słowackie i polskie Beskidy. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej, pokonując po drodze Białe Skały i Stratenec. Na deser został nam główny cel — cały jeszcze ośnieżony Mały Krywań (1670 m n.p.m.). Z każdą przebytą poziomicą robiło się coraz bardziej wietrznie. Na szczycie spędziliśmy tylko kilka minut, po czym wróciliśmy po własnych śladach, wspinając się ponownie na Stratenec. Dalej zeszliśmy na Sedlo Priehyb. Stamtąd odbiega żółty szlak omijający wierzchołek Suchego i prowadzący do Sedla pod Suchým. Trasa niby krótsza, ale nie polecam jej nikomu o tej porze roku. Ponoć szlak jest zimą zamknięty, bo schodzą tam lawiny — i po jego stanie można się z tym śmiało zgodzić. Było bardzo ślisko. Wywalałem się co chwilę, a raz zaliczyłem kilkunastometrowy dupozjazd, podczas którego złamałem kijek. Z kwaśnymi minami dowlekliśmy się pod Suchý, skąd po chwili odpoczynku poszliśmy do chaty. Tam szybka kawa, talerz kwaśnicy i łyk kofoli — to postawiło mnie na nogi. Ostatni etap zrobiliśmy niebieskim szlakiem, biegnącym równolegle do czerwonego, którym szliśmy na początku. Już bez żadnych przygód dotarliśmy z powrotem do samochodu. Podsumowując: Świetna wyrypa — dała nam ostro w kość. Pogoda bajeczna. Klimat niezwykły. Towarzystwo zacne. A kijki… kupię sobie nowe.
|
Kilka fotek Marcina
| ||||||||
















































