Tatry Reglowe - marzec 2010
|
Statystyki
Relacja
Około godziny 12 dojechaliśmy do Wierch Porońca. Zostawiliśmy wóz za jedyne 15 złotych, wrzuciliśmy majdan na plecy i ruszyliśmy w drogę.
Przy zerowej widoczności, ale jak zwykle pełni nadziei i w dobrych humorach, dotarliśmy na Rusinową Polanę. Tam, jak na życzenie, zaczęło się coś dziać. Miejscami pokazało się niebieskie niebo, a po kilkunastu minutach odkryły się — choć tylko częściowo — szczyty jednej z najpiękniejszych panoram tatrzańskich. Niestety chmury wisiały na pułapie około 2000 m, więc największe "kolosy" pozostały niewidoczne. Przystanęliśmy na chwilę, po czym ruszyliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się ponownie, bo skończyły się przetarte ślady. Założyliśmy rakiety i poczłapaliśmy w kierunku Gęsiej Szyi. Mijając od czasu do czasu narciarzy skitourowych, dotarliśmy na szczyt. Widoki były podobne do tych z Rusinowej — raz coś widać, raz nic. Schodząc na Rówień Waksmundzką, nad głowami przeleciało nam "śmigło". Kilka razy tego dnia widzieliśmy, jak kursowało tam i z powrotem. Na Równi odbiliśmy na czerwony szlak w kierunku Roztoki. Już bez rakiet, przetartym szlakiem dotarliśmy do bezludnej drogi do Moka. Po kilkunastu minutach zameldowaliśmy się na parkingu w Palenicy Białczańskiej, skąd busem podjechaliśmy do samochodu. Stamtąd odjechaliśmy do Zakopanego, gdzie mieliśmy zarezerwowane kimanie.
|
| ||||||||



















