Góry Sanocko-Turczańskie i Bieszczady - maj 2026
Statystyki
Max wysokość |
Przewyższenia |
Ilość km |
Dni |
Trohaniec 939m |
Σ ok +/- 1300m |
Σ ok 31km |
1 dzień |
Kruhly Wierch 1297m |
ok +/- 1600m |
ok 30,5km |
2 dzień |
Wielka Rawka 1304m |
ok +/- 1500m |
ok 28,5km |
3 dzień |
|
Relacja
Minęło aż piętnaście lat od mojej ostatniej i jedynej wizyty w Bieszczadach. Obiecałem sobie wtedy, że wrócę tam, gdy tylko będzie taka możliwość. Dlaczego mi to nie wyszło? Bo jest tam za daleko? Nie po drodze? Bo gdyby dołożyć jeszcze godzinę czy dwie jazdy, to można już zahaczyć o Alpy? Bo zazwyczaj wybór padał na rejony w granicach trzech godzin samochodem? Poza tym taki wyjazd ma dla mnie sens tylko wtedy, gdy przewiduję co najmniej dwa noclegi — i to przy maksymalnej intensywności. A intensywnie teraz było. I to jak! W końcu.
W piątek przebudziłem się o 2:22. Budzik nastawiony był na trzecią. Nie było sensu dosypiać. Po trzeciej byłem już na autostradzie, kierunek wschód. Droga minęła sprawnie — nawet zbyt sprawnie, bo przegapiłem jeden z odcinkowych pomiarów prędkości. Ech… Trochę na własne życzenie popsułem sobie humor. Wędrówkę na ten dzień zaplanowałem na dwa lub trzy etapy w Górach Sanocko‑Turczańskich. Pierwszy i najdłuższy: dwa Słonne zrobione z Przełęczy Przysłup. Słonny południowo‑wschodni — klepnięty jako pierwszy. Powrót po własnych śladach. Słonny północno‑zachodni jako drugi — również powrót tym samym czerwonym szlakiem. A szlak? Nudny, zalesiony, miejscami zniszczony przez ciężkie maszyny do pozyskiwania drewna. Na co najbardziej zwróciłem uwagę? Na zapach kwiaciarni. Zwłaszcza przed Słonnym południowo‑wschodnim. Wszędzie rosło pełno miesięcznicy. Aromat intensywny — z początku słodki, potem męczący i mdło‑trupi. Po powrocie do samochodu „zrespiłem” się we wsi Żłobek. Po niełatwym znalezieniu miejsca do zaparkowania uderzyłem na Jawornik — najwyższy szczyt Gór Sanocko‑Turczańskich (wg aktualnej rejonizacji zaliczony do Korony Gór Polski). Tam również niespecjalnie. Ot, las. Szlak z początku poorany przez ciężki sprzęt. Godzina z hakiem i byłem gotowy. Postanowiłem wtedy, że zrobię nawiązkę i zrealizuję dzień pierwszy w 133%. Przekalibrowałem się do Dwernika, skąd postanowiłem wejść (już w masywie Bieszczad) na Trohaniec. Tam na dzień dobry spotkanie z „NPC”, który okazał się być w pewnym sensie celebrytą. Nieopodal startu szlaku skierowałem kroki ku dymiącej retorcie. Przy piecu, na ławce, siedział węglarz. Zagadałem — przedstawił się jako Zbyszek z wypału (dowiedziałem się później, że występował nawet w telewizji). Ja mu na to, że Łukasz z kopalni. Chwilę pogawędziliśmy. Odradził chodzenie po tych terenach, bo — jak stwierdził — „tego cholerstwa (niedźwiedzi) łazi tu teraz w pierony”. No to poszedłem. Szlakiem. Ze skrótów zrezygnowałem — wiadomo czemu. Najpierw schronisko — Chata Socjologa. Klimat jak z innego świata. Kilka osób smętnie gawędzących na skąpanej w słońcu ławce. W środku pustki. Obok huśtawki, dziwne rzeźby i punkt widokowy. Zrobiłem krótką przerwę i uderzyłem na Trohaniec. Po drodze co jakiś czas dawałem znać o swojej obecności. Metody różne — raz myślą, raz mową, czasem uczynkiem i zaniedbaniem ;-). Ogólnie starałem się być głośny i donośny. Zadziałało. Nic z krzaków nie wyszło. Ot, bycze zaloty i feromony zrobiły robotę. W drodze powrotnej znów minąłem Zbyszka z wypału. Siedział w tej samej pozycji co wcześniej (jak rasowy NPC). Nie pamiętał mnie. Jeszcze raz przebrnęliśmy przez konwenanse, lecz tym razem „uruchomiłem” inne ścieżki dialogu. Dowiedziałem się kilkukrotnie, że Zbychu lubi „wrzucić dekiel”. Ogólnie lubi, jak wrzucony jest dekiel, bo może wtedy odpocząć. I że dym idzie już z pięciu kominów, bo dekiel wrzucony. Po chwili rozmowy zaczął grzebać w plecaku i poczęstował mnie Żubrem. Podziękowałem, wysłuchałem jeszcze raz tych samych bajań o niedźwiedziach i po wymianie życzliwości wróciłem do samochodu. Reszta dnia: obiad i zakwaterowanie w Ustrzykach Górnych, w post‑PRL‑owskim Terebowcu. Nazajutrz pobudka o 5:30. Na zewnątrz pogodnie i rześko. Samochód — za zgodą obsługi — zostawiłem za darmo do dnia następnego. A pierwszy sobotni etap? Połonina Caryńska. Powiem krótko — super. Przez prawie cały odcinek, aż do zejścia w kierunku Brzegów Górnych, zero ludzi. Na samej połoninie — wietrznie. Widoki 360 stopni przez większość dnia. Mniej więcej w połowie zejścia od Kruhlego Wierchu do parkingu usłyszałem w odległości ok. 20 metrów hałas łamanych gałęzi. Patrzę — wilk. Ucieka. Przez ułamek sekundy analiza: co w Bieszczadach może gonić wilka?! Patrzę intensywniej — łania. Tak kilka razy tam i z powrotem. Najpierw wilk, za nim łania. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to że broniła cielaka. Na moje pokrzykiwania zwierzęta nie reagowały. Ja, z niemałą adrenaliną, zszedłem do doliny. Na parkingu już sporo amatorów połonin. W drodze na Chatkę Puchatka mijałem spore grupy ludzi. W odnowionym schronisku zjadłem żurek i pogalopowałem dalej na zachód. Za Osadzkim Wierchem i Szarym Berdem zszedłem na Przełęcz M. Orłowicza, skąd uskuteczniłem ostatni etap — wejście na malowniczy Smerek i zejście do wsi o tej samej nazwie, a dalej asfaltem do Wetliny. Kwatera tym razem bardziej „domowa”. Na plus: restauracja w budynku i czynny sklep obok. Uzupełniłem kalorie, zapasy, wykąpałem się w dziwnie pachnącej siarką i tłustej wodzie i uwaliłem się spać. Dnia trzeciego — pobudka ponownie o 5:30. Po godzinie gramolenia, już mocno obolały, ruszyłem w drogę powrotną do Ustrzyk Górnych. Najpierw zielonym szlakiem przez Jawornik, dalej żółtym na grzbiet graniczny i Rabią Skałę. Tam napotkałem pierwszego turystę — Słowaka. Straszny gaduła. Towarzyszył mi przez jakieś 20 minut do punktu widokowego na Riabiej Skale. Dobrze, że wszystkiego nie zrozumiałem, bo byłbym towarzysko „przestymulowany”. Kontynuując marsz szlakiem niebiesko‑czerwonym, dotarłem — mijając kilka szczytów — na trójstyk trzech granic, czyli Krzemieniec. Temperatura i słońce zaczęły dawać się we znaki. Dobrze, że większość czasu byłem „schowany” w cieniu. Ostatni etap: wejście na Wielką Rawkę, klepnięcie obelisku i zejście do Ustrzyk. Tam, korzystając z okazji, że nikt nikim się nie interesował, wziąłem prysznic na przedostatniej kwaterze i po ponad pięciu godzinach jazdy wróciłem do domu. Podsumowując: Mega mocny wypad. Około 90 km w 3 dni i ok. 4200 m przewyższeń. Napotkany wilk i węglarz Zbyszek. Spalonych milion kalorii i nacieszone oczy wspaniałymi widokami. PS. Wracając przez rejony Komańczy i dalej — Beskidu Niskiego — byłem urzeczony. I super, że jest tam jeszcze tyle do zrobienia. 2 dzień
3 dzień
Ekwipunek na 3 dni
|
1 dzień - I etap
1 dzień II etap
1 dzień III etap
| ||||||||||



































































