Wielka Fatra - majówka 2010
|
Statystyki
Relacja
1 dzień
Z początkiem maja udało nam się w końcu zrealizować długo oczekiwany wielko‑fatrzański zamysł. Plan był prosty: przez trzy dni zrobić pętlę łączącą wszystkie najwyższe szczyty pasma. Zapewne tak by się skończyło, ale dziwnym trafem wyszło tak, że większość założeń zrobiliśmy w jeden dzień mniej. Wędrówkę zaczęliśmy około godziny 9 rano w malowniczo położonym kurorcie Donovaly, leżącym pomiędzy Wielką Fatrą a Tatrami Niżnymi. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku pierwszego szczytu — Zvolena (1402 m n.p.m.). Pogoda nie zapowiadała żadnych deszczowych niespodzianek, więc bez ociągania skierowaliśmy się ku widocznej w oddali głównej grani. Pomiędzy Zvolenem a Krížną (1574 m n.p.m.) prowadzi bardzo malowniczy, ale też męczący szlak. Wznosi się tam chyba z dziewięć pomniejszych szczytów, na które trzeba było za każdym razem dość mocno się wspinać. W pewnym momencie znaleźliśmy się nawet niżej niż punkt startowy (Donovaly 980 m n.p.m. – Východné Prašnické Sedlo 920 m n.p.m.) — czysty demotywator. Na Krížną wdarłem się dosłownie z jęzorem na wierzchu. Ale warto było. Słońce zaczęło przyświecać, ukazując bajkowe pasmo w cudownych barwach. Normalnie zakochałem się w kolejnej Fatrze. Przed Ostredokiem zrobiliśmy krótki popas, po czym zdobyliśmy ten najwyższy szczyt, a zaraz za nim Suchý Vrch. Schodząc z Suchego, ukazał nam się cel na dziś — Salaš pod Suchým Vrchom. Mieliśmy szczęście, bo tego dnia nie było żadnych lokatorów. Zaskoczyło nas, jak świetnie ta chatka była przygotowana i wyposażona: trzy prycze, piec z naniesionym drewnem, stół, ławy, podstawowe narzędzia, świeczki, zapałki, garnki — pełen luksus. Na zewnątrz skorzystaliśmy z rusztu i przyrządziliśmy sobie na ciepło kabanosy z przypieczonym chlebem. Wody też nie brakowało — tuż obok biło źródełko. Tak nasyceni, napojeni, solidnie zmęczeni i w świetnych humorach walnęliśmy w kimono. 2 dzień Padać zaczęło już pod koniec poprzedniego dnia. Rano jednak — mimo otaczających nas chmur — ruszyliśmy bez deszczu. Celem było dotarcie w rejon Smrekovicy i nocleg w jednym z tamtejszych schronisk. Po chwili znaleźliśmy się na stokach Ploski, by po niecałej godzinie dojść do Chaty pod Borišovom. Tam spałaszowaliśmy śniadanie i szybko zaatakowaliśmy pobliski Borišov (1509 m n.p.m.). W drodze powrotnej ponownie zahaczyliśmy o schronisko, żeby uzupełnić płyny. Ja wciągnąłem litr kofoli, a Baca browara o wdzięcznej nazwie „bardzo dobre slovenské pivo”. Fajne schronisko, fajni ludzie. Nie tracąc czasu, ruszyliśmy dalej w kierunku Ploski. Szczyt — jak sama nazwa wskazuje — płaski, a wejście nań, jak to Baca określił, „monotonne”. Na szczycie batonowy zastrzyk energii i w drogę. Deszcz padał delikatnie tylko przy podejściu na Borišov, więc nie było źle. Pomiędzy Ploską a Minčolem spotkaliśmy sporo ludzi — większość Polaków, z czego jedna grupka zmierzała do Salašu pod Suchým. Przed samym Rakytovem dopadła nas ulewa. Na szczyt (1567 m n.p.m.) wchodziliśmy już bez deszczu, ale membrany nie popisały się i dało się odczuć pewien dyskomfort. Do tego strasznie śliskie błoto. Na Rakytovskim Sedle dopadła nas konsternacja — szlakowskaz pokazywał trzy kierunki, ale nie ten, którego szukaliśmy (zielonego do Smrekovicy). Ścieżka była wyraźna, więc ruszyliśmy przed siebie. Znaczków brak, ale teren zgadzał się z mapą. Najprawdopodobniej weszliśmy na Tanecnicię (1459 m n.p.m.), a kolejny wierzchołek wzięliśmy za Skalną Alpę. Wg kompasu dobrze, wg odniesienia — źle. Zboczyliśmy w rejon doliny Skalnej. Próbowaliśmy zawrócić, ale kiedy zorientowaliśmy się, że jesteśmy daleko przed celem, zmieniliśmy plany. Po drodze trafiliśmy na pustą chatkę z dwiema pryczami i piecem, ale wg mapy miało być ich więcej, więc zrezygnowaliśmy — a szkoda, bo kolejne były pozamykane. Padł więc pomysł, żeby przekimać w Liptovskej Osadzie. Przed samą wioską wymyśliłem jednak, żeby spróbować złapać stopa do Donovalów — bo na następny dzień zostałby tylko asfalt i krótki szlak przez Malý Zvolen i Zvolen do auta. Wystawiłem palec i za trzecim razem zatrzymał się uczynny Słowak. W 10 minut, przy bardzo sympatycznej rozmowie, wróciliśmy do samochodu. Na koniec skorzystaliśmy jeszcze z dobrodziejstw góralsko stylizowanej restauracji, gdzie spałaszowałem najsmaczniejszą kwaśnicę pod słońcem — sztuk dwie. Podsumowując: Zakochałem się w Wielkiej Fatrze od pierwszego wejrzenia i na pewno nie ostatni raz tam zawitam. Słowacy to bardzo zacny i pozytywny naród. Świetna wyrypa — dzięki Baco za nieocenione towarzystwo. 1 dzień
|
1 dzień
2 dzień
Z uwagi na to że drugiego dnia pod koniec pobłądziliśmy - brak śladu gpx do pobrania oraz statystyk.
| ||||||||||||||


































































