Pieniny - Wysokie Skałki - marzec 2010
|
Statystyki
Relacja
Ten dzień miał być spędzony w reglowych partiach Tatr Zachodnich, ale ostatecznie zadecydowaliśmy, że wybierzemy się w Pieniny. Pogoda od rana była zachęcająca.
Po drodze, gdzieś pomiędzy Nowym Targiem a Krościenkiem, po lewej stronie było czarno, a po prawej pięknie i słonecznie. Normalnie jak na granicy Mordoru i Gondoru. Kiedy przejechaliśmy Szczawnicę, ogarnął nas Mordor. Chwilami nie widziałem, gdzie jadę — wycieraczki nie nadążały odbierać śniegu. Jakoś w końcu dojechaliśmy do parkingu w Jaworkach (oczywiście parking typu „odśnież se sam”). Wystartowaliśmy w Wąwozie Homole. Fajne, urokliwe miejsce — trochę przypomina mi Dolinkę Kościeliską. Drugi etap prowadził do Rówienka, czyli bezleśnego terenu pod Wysokimi Skałkami. Tutaj zmitrężyliśmy nieco więcej czasu — niepotrzebnie chciałem skrócić szlak, co nie wyszło nam na dobre. Ostatni etap, czyli strome podejścia (częściowo po schodach), pokonaliśmy już w pełnym słońcu. Na samym szczycie ukazały nam się wspaniałe widoki. Tatry co prawda były w większej części zasłonięte, ale i tak kopary nam poopadały. Kto by pomyślał, że przy takiej aurze na początku trasy zobaczymy coś takiego. A było widać naprawdę wiele — Sądecki, Gorce, Beskid Niski chyba z Lackową, Mogielicę, Żywiecki, i gdzieś w oddali za Beskidem Niskim… coś. Nie chcę nawet podejrzewać co, bo nie wiem, czy z Pienin da się zobaczyć Bieszczady. Po nacieszeniu widokami i naładowaniu baterii zeszliśmy szybciutko do Rówienki. Tym razem poszliśmy szlakiem i wpadliśmy w śnieg po cyce. Jak dobrze, że znowu zabraliśmy rakiety. Człapu‑człap i nawet nie wiem kiedy wylądowaliśmy z powrotem w Wąwozie Homole. Tym razem ukazał nam się w słonecznej scenerii. Dotarliśmy do samochodu i po niecałych trzech godzinach jazdy byliśmy w domu.
| |||||||||





























